14 listopada, 1947 roku, Londyn, klasztor benedyktynek.
„Ach, nie, nie sądziłam, że to się tak skończy. Nie sądziłam, że tak się wszystko potoczy, że tak zakończę tę całą historię. Że od tak będzie mi dane zamknąć tę małą, niepozorną książeczkę za pół godziny i uciec w całkowitą niepamięć. Ale cieszę się. Raduje mnie to, jestem szczęśliwa: i tak wszystko za długo się ciągnęło. Epilog powinien nastąpić kilka rozdziałów wstecz, kilka chwil temu — kilka godzin tej opowieści wcześniej. Marnowaliśmy tylko czas, bo kimże ja jestem, jak nie najzwyklejszym człowiekiem?
Ale chcę to napisać. Tak na zakończenie, na pożegnanie — na wyciągnięcie przyjaznej dłoni, na ostatnie spotkanie. Tak mnie uczyłaś, Mariett i tak teraz zrobię.
Mojej winy jest w tym najwięcej. Wiem o tym. Uświadomił mi to Victor, dobitnie, ale nie przesadnie — pośrednio, nie dotkliwe. Uświadomił, uczynniając te ostatnie kilka miesięcy szczęśliwymi, jakby odkupując swoje winy — obnażając jedynie moje. Może chciał mi przez to coś uświadomić, ale to już nieistotne. Nie, zmieniłam do wszystkiego stosunek. Stałam się bardziej krytyczna, obiektywna. W końcu.
Do tej chwili nie zapomnę mu tego. Wiem, tak się mówi, że pamięta się w ludziach dobre rzeczy — ale jego zapamiętam jako najlepszego. Mimo wszystko. Mimo… mimo.
Dzień rozprawy — aż dziw, że było to kilka miesięcy temu! — był dla mnie sądem, nie ostatecznym, ale decydującym o przyszłości. Dochodzenie, śledztwo — czy jak to inaczej nazwać można — trwało kilka dobrych tygodni. Żyłam przez ten czas niczym zwykła marionetka, kukiełka, którą położono na półce, aby pokrył ją kurz. Siedziałam, nieruchomo analizując przeszłość, podczas gdy inni działali. Raz zamieniliśmy się rolami.
Zbierano dowody. Nowi detektywi zajmowali się moją sprawą; zabójstwo Jaqueline zrzucono na boczny tor, podchodząc do niej jako do bohaterskiej ofiary — olali jej poświęcenie, dranie.
Byłam przesłuchiwana. Spędzałam godziny z prawnikami z urzędu, widząc brak ich przekonania do mojej prawdomówności i znużenie — wiedzieli, że przegrałam. Wiedzieli to, co ja, ale nie mogli mi tego powiedzieć.
Sprawa nie była rozgłaszana. Siedziałam cicho w areszcie, a wszystkie działania zamykały się w obrębie kilku osób i miejsc. Jako że nie zeznawałam przeciwko swoim współpracownikom, nikt nie dowiedział się, że Marina Pudowkin, żona ambasadora, i Carl Strongless, honorowy obywatel Francuski, działali ostrzej niż ja przeciwko rządowi. Nie wiedzieli, jak komunikowałam się z Rosjanami, ale mieli dowody — zebrane przez Jaqueline o mojej winie. Mieli naoczne zeznania kilkudziesięciu policjantów, którzy przysłuchiwali się mojej rozmowie z Heinzem Kohlem i Willem. Mieli dowody. Niezbite, jak to powiadają.
Dotarli do prawdy. Wiedzieli, że podrobiłam notatki Victora, usprawiedliwiające moje czyny. Wiedzieli, że działam dla Angielskiego rządu — Will był wystarczającym „dowodem”, a i MI6 potwierdziło, jakoby, że William Landem pracował dla nich — nie chcieli się tego wypierać. Skłamali tylko, że działał na własną rękę. Ja też. Tak rzekli. Tak przyrzekłam.
Francuzi mieli wszystko. W garści, wyłożone i rozdrobnione na części pierwsze. Stanęli na progu prawdy. Ja sama — lekko zagubiona w gąszczu kłamstw, wydostałam się na powierzchnię, jako przegrana, ale prawdziwa.
Postawili mnie w stan oskarżenia pod koniec września. Rozprawa ciągnęła się przez tydzień, później nie było apelacji — nie miałam do tego praw ani chęci. Skazali mnie, cóż w tym dziwnego. Mnie, Willa i Kohla. Niemca najostrzej — wywieziono go do Franses — byłego, żeńskiego więzienia, gdzie naziści przetrzymywali angielskie kurierki i radiotelegrafistki pojmane w czasie wojny, aby tam czekał na śmierć, na którą go skazano. Will, na którym nie ja jedna się zawiodłam dotkliwie, broniony przez kadrę wybitnych, angielskich prawników poniósł sromotną klęskę. Skazano go, co prawda, na dożywocie, ale walczył on do ostatniej chwili — za każdym możliwym razem, odwoływał się i w końcu zmniejszono wyrok na dwadzieścia pięć lat.
A ja?
Wytrwałam.”
29 listopada, 1956 roku.
To był jej ostatni wpis, Tom. Na tym powinniśmy wszyscy zakończyć, bo tu istotnie wszystko się zbiegło.
— Co masz na myśli? Co się zakończyło?
Jej życie, Tom — zaśmiała się szczerze Mariett. — Jej życie. Po obwieszczeniu wyroku skazującego ją na dożywocie wszyscy zebrani na sali wiedzieli, że apelacji nie będzie. Przyjęła tę wiadomość ze spokojem, godnością. Została przewieziona na kilka dni do tymczasowego aresztu. Nikt nie wiedział, dlaczego od razu nie zawieziono ją do więzienia.
I dopiero tu, Tom, możesz dowiedzieć się, dlaczego ona wybaczyła wszystko Victorowi.
Ich córkę, Lori, istotnie nie on zabił. Nie miał z tym nic wspólnego, ale tak łatwo było nakierować Alanis — tę nienawidzącą swojego męża kobietę — na trop śladów, które nie istniały, a wskazywały na Victora jako mordercę, że tylko dureń — a nie był nim Will — nie skorzystałby z okazji. Wiedział, że Alanis mu uwierzy. Wiedział to. Wmówił jej, że za uchylenie okna w zimie i za zaziębienie małej Lori był odpowiedzialny Victor — „…przecież, Alanis, miał sposobność. Idealne warunki.”. Sam zgłosił Anglikom, że zrobiła to Alanis — a oni, zachłanni na wiedzę, jaką ona pozyskiwała, przyjęli to jako dobrą wiadomość, nieistotną w szeregu innych morderstw. A winnego — a raczej winną Marie — nikt nigdy nie oskarżył. Po skazaniu Alanis wróciła na południe Francji, bogatsza o oszczędności i gotowa do rozpoczęcia nowego życia.
Victor natomiast po całej „cichej aferze” jak wyrażał się w listach do Alanis, wykonał najistotniejszą rzecz, jaką mógł zrobić w tamtym czasie — pokazał, że ją kochał. Ale nie wypowiedział pustego słowa, nie — zrobił coś banalniejszego, prostszego i mniej znaczącego — przekupił dwóch strażników, obsadził wóz kierowcą-przyjacielem, wcisnął się w roboczy strój, zarzucił bagnet na ramię i niczym prosty rzezimieszek nie pozwolił jej umrzeć we Francji. Wynajął samolot, przetransportował ją w luku bagażowym do Anglii — nikt nie szukał uciekinierki za granicą. I była wolna. Teoretycznie.
Zawieźli ją do mnie, tu. Do zakonu benedyktynek w Londynie. Mówiłam Ci przecież, że wszystko zaczęło i skończyło się tutaj.
— A co później…? Kiedy dotarła…
Kiedy dotarła tutaj? Ukrywała się. Nikt jej specjalnie nie szukał — do końca sama zastanawiam się, dlaczego rozesłali jedynie list gończy i na tym poprzestali. Nie, nie wiem dlaczego. Ale pomyśl, Kochany — jakie mogli mieć powody, aby zaprzestać pogoni? Tylko jedne są na tyle mocne, aby przekonać słabych ludzi.
Westchnął. Był zmęczony, miał dosyć. Ale nie dowiedział się jednego i to zmusiło go do rzucenia jedynie pytającego spojrzenia w oczy starej zakonnicy:
Ach… tak, zrobiła to, co myślisz. W tamtym momencie, ponad dziesięć lat temu wykazała się pewną odwagą, nie tylko wobec siebie, ale też i wobec Boga — ukazała, że potrafi decydować i wie, kiedy trzeba się wycofać.
— Twierdzisz, że pozbawiła sama siebie życia, w tamtym momencie, chociaż przez kilka ostatnich miesięcy działała na niekorzyść innych, aby tylko uchronić siebie? Że w ostateczności sama nas rozdzieliła?
Owszem. I nie miej jej tego za złe, nie osądzaj pochopnie. Dopiero wtedy zrozumiała, że to, co czyniła do niczego nie prowadziło. Ale było już zdecydowanie za późno, zbyt mocno skomplikowała swoje życie i — bądźmy szczerzy — własny charakter. Sama nie wiedziała, kim jest. Nie zdawała sobie sprawy, że mimo wszechobecnego lęku o siebie, żalu do najbliższych i żądzy dotarcia do ciebie, jest złym człowiekiem. Od tak, po prostu — złym. Dopiero kiedy przegrała, a wszyscy inni prócz Victora ją opuścili, tak jakby cząstka prawdy do niej dotarła. Ale zbyt dosadnie ją pojęła — efekt widzisz do dziś, Tom.